441. czasem straszne obawy okazują sie podstawne…

W piątek Harry nie wrócił do domu. Rozpacz, strach, tęsknota. Już tak kiedyś było, ponad 10 lat temu. Mój kot wyszedł i nigdy nie wrócił. Nieprzespana noc… potem prawie nieprzespana druga…
Akcja poszukiwawcza, fejs, plakaty, telefony, objazd okolicy, wypytywanie każdej napotkanej osoby. Nigdzie ani śladu. Myślałam sobie, że jeśli tylko na łajzy poszedł, to wróci. Ale jest tyle nieprzewidzianych okoliczności, tylu ludzi okrutnych, lub bez wyobraźni. Baa .. czego się spodziewać jesli nawet parę dni temu, mój wuj, robił sobie wygłupy w stylu Kargule i Pawlaki i przywiązał Harrego na sznurku.. wrrr… dobrze, że tego nie widziałam, bo bym mu do gardła chyba dopadła, choć ze mnie niespotykanie spokojny człowiek, mnie można na język nadepatać i nic nie powiem.. taaa….To czego można się spodziewać po obcych?? W dodatku, czułam się winna. Bo po tym jak Harry wytarzał się w węglu, wykąpałam go i puściłam potem na dwór zapominając, że jest bez obroży! Ileż ja sobie nawyrzucałam, że nawet takiej małej ochrony nie ma.. że nawet nikt nie będzie wiedział czy kot ma dom, że jest ktos kto na niego czeka..

Nie wyobrażam sobie co czują ludzie, którym zaginął ktoś bliski.. Może wiem, bo Harry to też mój bliski, też członek rodziny, ale gdyby to było np dziecko? Przerażające. Najgorsze są te czarne myśli i wyobrażenie tych strasznych rzeczy które mogły nastąpić, że może akurat w tym momencie cierpi… A moim zdaniem, nawet najgorsze wieści, najgorsza pewność są lepsze od niepewności.

Smutna i straszna była ta sobota, aż nadszedł niedzielny poranek..

Opowiem jak stałam się bohaterką domu.. a przynajmniej sama dla siebie poczułam się bohaterką i odkupiłam swoją winę niezałożenia Harremu obroży…

Po tym jak nie wrócił w piątek, nieprzespanej nocy…po sobocie która cała była pod znakiem szukania, nawoływania, czekania, nadziei przemieszanej ze strachem, akcją rozwieszania plakatów o zaginięciu mojego księciunia… wypytywania wszystkich napotkanych ludzi.. Po tym strasznym dniu, nastąpiła kolejna niespokojna noc. Spałam, ale chyba dlatego, że organizm swojego się domagał. No i czujnie wyjątkowo.. Bo jak usłyszałam w okolicy domu charakterystyczne odgłosy kociej walki, zerwałam się z łóżka jak Old Surehand na prerii i tak jak stałam, czyli boso, w bardzo krótkiej koszuli nocnej w truskawki i bez okularów wystrzeliłam na dwór. Nawoływałam teatralnym szeptem: Haaaryy.. ccciiiiciciciic.. A na każde moje cicici pies sąsiada odpowiadał gromko hau hau.. Warczałam na niego: cicho bądź, przecież to nie do ciebie.. No nie wiem, może pomagał jak mógł? Zobaczyłam dwa przemykające koło mnie koty, a właściwie rozmyte futrzane stworzenia (cóż.. ponad minus 5 dioptrii…) i rozpaczliwie zawołałam Haaary.. Jeden na chwilę zareagował, przynajmniej moje ślepe krecie oczy tak twierdziły. Pomyślałam, że muszę mieć pewność że jednym z nich jest Harry, bo nawet jak zwieje pocieszy mnie wieść, że żyje.. Zaryzykowałam i poleciałam po okulary, po laczki na nogi. Znów wybiegłam i zobaczyłam oddalającego się kociaka, wyglądał jak Harry. Zawołałam, nawet zatrzymał się, ostrożnie podszedł bliżej, przelazł przez płot sąsiadki i zatrzymał się kilka metrów przede mną, usiadł i patrzył. Mówię do niego i .oglądam: owszem podobny, ale nie Harry, bo łapki ma szare, a moje kocie szczęście ma białe.. i mówię: ty nie jesteś mój Harry,. Też jesteś fajny, ale nie mój… przepraszam, że zatrzymałam, że dałam złudną być może nadzieję, że przygarnę, bo może nie masz domu.. ale to nie ty” Zrezygnowana, bo kolejna nadzieja okazała się płonna, szłam do domu, gdy wtem zza rogu wychylił się znajomy łepek.. Z walącym sercem: Haruś mój chodź do pani, chodź …ciciciciicii, dam ci szynki, chodź… Bałam się podejść bo może by się spłoszył, przekorę koty mają wbudowaną w organizm, ale nawoływałam, pomału wchodziłam do domu, pomału, pomalutku, despasito., despasito.. i ruszył za mną…. Wszystko we mnie było strachem by nie wykonać ruchu, który go zniechęci.. Wszedł za mną do pokoju, zamknęłam drzwi i nagle o podłogę walnęła tona kamieni z mojego serducha.. Wzięłam na ręce tego rozbójnika, który stał się znów moim malutkim kotkiem, wtuliłam, zrosiłam łzami szczęścia, poczułam się lekka , wspaniała i bohaterska.. Spojrzałam na godzinę: była 4.24 .Obudził się Ślubny , kto go zna, wie że lepiej go nie budzić przed czasem, a jednak ucieszony przejął kota w objęcia, potem Córa przyszła.. Synuś nocował nad jeziorem, więc do akcji tulenia się nie włączył… Napełniłam kocią miskę jedzeniem, Harry wcinał, a ja siedziałam na łóżku i patrzyłam na niego z nieświadomym bananem na twarzy, jaki się mi przykleił na całą niedzielę (Córa mi go uświadomiła wieczorem).

Wszyscy pytają: gdzie był? Nie wiem, Harry nic nie powiedział, nie zdradził. Ważne, że jest!! Po śniadaniu wsiadłam na rower i pościągałam wszystkie plakaty, by niepotrzebnie nie robić już zamieszania.

Odetchnęłam, nacieszyłam się niedzielą, która była wyjątkowo cudowna dla mnie, bo po pierwsze: odnalazł się Harry, a po drugie następował po niej wolny poniedziałek. Poniedziałek ów już nastał, zatem czuję na plecach oddech powrotu do pracy, ale nie zamartwiam się tym.

Teraz mam strach puścić go znowu, choć pewnie prędzej czy później nas to nie ominie. Miłość to trudna sprawa. Póki co Harry je i śpi, całą niedzielę albo jadł, albo spał. Dziś już trochę pod drzwiami daje znać, że chętnie by sobie wyszedł, ale zdaje się, sam wie, że sobie nagrzebał, bo szybko rezygnuje z prób przekonania mnie, że wyjść musi.

Ktoś powie „to tylko kot” ale on daje szczęście całej rodzinie, teraz to widzę jeszcze wyraźniej.

Do dziś jak sobie wyobrażę siebie biegającą o świcie wokół domu, bosą, z rozwianym włosem, prawie nieubraną, wyglądałam pewnie, jak ta nie przymierzając, rusałka… hm.. Rusała raczej, w stylu gracji Rubensa.. hiih.. taaak.. chce mi się śmiać z siebie, ale i tak najważniejsze, że okazałam się skuteczna. Wariatka, wariatka, ale czy ktoś mi się dziwi? Ihih.. a nawet gdyby to mnie nie obchodzi. Jestem w takim wieku, że o wiele mniej boję się śmieszności, mniej też mi zależy, by ludzie byli w mylnym przekonaniu o mojej normalności :P

  8 comments for “441. czasem straszne obawy okazują sie podstawne…

  1. 17 lipca 2017 o 17:40

    jak on taki długodystansowy spacerowicz, to może jednak się nie zastanawiać i go wykastrować, często pomaga na takich wędrowców :) zwłaszcza, gdy należą do tak wrażliwej Pani :)

    (Dawno temu mieliśmy kocura, który na tydzień potrafił znikać… po czym wracał i przez chwilę był kociakiem idealnym, mruczącym, łaszącym się i ogólnie milusim, a później znowu znikał na tydzień, tyle, że to było w czasach kiedy jakoś mało kto, może ci z bloków, myśleli o sterylizacji zwierząt)

  2. 18 lipca 2017 o 12:03

    Dobrze, że kotek wrócił, gorzej, że niedługo może przyjść pozew o alimenty… A jak dorwał kotkę Prezesa? Znajdą go i będzie musiał ożenić się!

    • ~loonei
      1 sierpnia 2017 o 19:30

      Hmm.. noo.. ale może, może dobrze być z Prezesem w rodzinie? Hmmm.. eee jednak nie…

  3. 20 lipca 2017 o 20:22

    Nie wyobrażam sobie jaki byłby w domu armagedon, gdyby nasze jedenastoletnie jamnikowe szczęście zaginęło. Chyba wszyscy byśmy oszaleli. Dlatego rozumiem Twoje zdenerwowanie i strach. Dobrze, że historia miała swoje szczęścliwe zakonczenie i kocurek wrócił. A z tymi ślubnymi to coś się robi „takiego” gdy zwierzak pojawia się w domu. Mój mąż, który był przeciwny psu chyba najbardziej go teraz rozpieszcza :D.
    Do do mojej latorośli. Czerowne portki i cała ta otoczka pomogły… o egzaminach maturalnych już zapomnieliśmy, ale dzisiaj były wyniki rekrutacji na studia i… 15 sierpnia odśpiewa „Gaudeamus igitur” ;). Chociaż nie wiem czy tu w Norwegii też jest taka tradycja. Tylko ten rok akademicki zaczyna się tak wcześnie :(. Norwescy maturzyści nie mogą powiedzieć tak jak w Polsce, że mają najdłuższe wakacje życia. Może dlatego wyjeżdżają studiować do Polski :D.

  4. 23 lipca 2017 o 11:21

    Ale przygoda z kotkiem. Niesamowite zamieszanie zrobił tym zniknieniem swoim. Podejrzewam, że jak raz spróbował,będzie szukał wolności i swoich kocich dróg szczęścia.
    Serdeczności

  5. 27 lipca 2017 o 00:17

    Ja bym się załamała gdyby coś takiego się stało z moimi kotkami. Mimo, że są to zwierzęta są naszymi członkami rodziny i należy troszczyć się o nich, bo one z jeszcze większą się siłą nas obdarzą :).
    Pozdrawiam i zapraszam.

  6. ~Sza...
    27 lipca 2017 o 21:26

    cieszę się, że się znalazł :) chociaż ja bardziej psiara jestem jak kociara, to pewnie i ja bymgo uścisnęła :)

  7. ~frytka
    28 lipca 2017 o 09:46

    mam swojego psa od półtora roku i do tej pory na spacerze na smyczy go trzymam, bo nie wyobrażam sobie, co bym zrobiła, gdyby gdzieś uciekł… chociaż, z drugiej strony, czy od takiej pańci jak ja można uciec?…. :D
    cieszę się, że Twój Harry tak się zmaterializował, całkiem jak jego sławny imiennik … :D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *